wt., 28/01/2014 - 10:01

880 milionów euro, to roczne obroty hodowców marihuany z Tilburga i okolic

Stolicą „zioła” NIE Amsterdam, ale…Tilburg. Czyli niby gdzie? Ci, którzy Holandią się specjalnie nie interesują, pewnie nigdy o takim mieście nawet nie słyszeli. A fakty są szokujące: według niektórych szacunków kryminaliści zarabiają co roku na nielegalnych uprawach konopi w Tilburgu i okolicach około 880 mln euro.

To tyle, ile wynosi roczny budżet całego miasta!

Miasto, w którym obroty kryminalistów wynoszą tyle samo co łączne wydatki całej lokalnej administracji: na służbę zdrowia, drogi, szkoły i policję? W dodatku chodzi o obroty przestępców zajmujących się tylko jedną branżą i to bardzo specyficzną. Nawet nie narkotykami jako takimi, ale wyłącznie jednym ich rodzajem: konopiami, z których produkuje się marihuanę.

Katolicy lubią zioło

Gdyby to jeszcze chodziło o jakieś upadłe miasto w pogrążonym wojną domową afrykańskim kraju… Wtedy można by to zrozumieć: normalna gospodarka nie funkcjonuje, więc „biznes” staje się domeną mafii, a czarna i szara strefa są większe niż oficjalna gospodarka.

Ale spokojny, przyzwoity i dla wielu nudny Tilburg? Szóste co do wielkości miasto kraju, licząca 188 tysięcy mieszkańców regionalna metropolia w katolickiej Brabancji Północnej? Właśnie to miasto jest europejską stolicą nielegalnych upraw zioła?

Tak, wynika z obszernego tekstu, jaki opublikował w styczniowy weekend opiniotwórczy dziennik NRC Handelsblad. Na pierwszej stronie gazety bił w oczy tytuł Tilburg wietstad, czyli Tilburg miastem zioła. I pod nim informacja: w Tilburgu uprawą konopi zajmuje się 2,500 osób.

Alain sypie, policja łapie

W tekście czytamy o niejakim Alainie S., dzięki któremu brabancka policja dowiedziała się mnóstwa nowości na temat „konopijnego podziemia” w Tilburgu i okolicach. Alain przez dziewięć lat sam się tym zajmował, dochodząc w kryminalnej hierarchii bardzo wysoko. Skłócił się jednak z innym, bardziej wpływowym mafioso i wpadł w panikę. Przekonany, że zagraża mu śmiertelne niebezpieczeństwo zgłosił się na policję.

Nie domagał się nawet statusu świadka koronnego, od razu zaczął sypać, prosząc tylko policję, by zapewniła mu ochronę. Funkcjonariusze byli początkowo sceptyczni, ale okazało się, że informacje Alaina są bezcenne. Miejsca, które wskazywał jako nielegalne farmy konopi, faktycznie się nimi okazywały. Dzięki jego zeznaniom aresztowano innych zajmujących się lewymi uprawami. W sumie policja nagrała 120 godzin przesłuchań Alaina S.

Obraz, jaki się z nich wyłonił, zszokował nawet największych znawców holenderskiego narkotykowego podziemia.

Dlaczego uprawiają nielegalnie?

Zanim przejdziemy do zeznać Alaina, przypomnijmy: w Holandii toleruje się sprzedaż, posiadanie i zażywanie niewielkich ilości miękkich narkotyków, takich jak marihuana i haszysz. Kupić je można w oficjalnie działających i tolerowanych przez władze coffeeshopach. Mojaholandia.nl pisała o tym w osobnym tekście Coffeeshopy w Holandii

[Dla tych, którzy są w Holandii i czytając ten tekst nabrali ochoty na małe zielone co nieco, tutaj cennik: Ile za marihuanę w Holandii?

Problemem jest to, skąd się narkotyki w coffeeshopach biorą. Ponieważ sprowadzanie z zagranicy narkotyków jest w świetle prawa międzynarodowego nielegalne, teoretycznie powinny one być uprawiane w Holandii. Kiedy jednak na początku lat 90. Holendrzy zliberalizowali narkotykową ustawę i zdecydowali się na politykę tolerowania coffeeshopów, ówczesnym politykom zabrakło odwagi do rozwiązania kwestii zaopatrzenia coffeeshopów i krajowych upraw konopi.

Zioło przynoszą nocą krasnoludki

Masowe uprawy zielonych krzaczków były i są w Holandii więc zakazane. Powstała paradoksalna sytuacja: klientom pozwala się na kupowanie kilku gramów trawki w coffeeshopie, ale coffeeshopom nie pozwala się na kupowanie kilogramów zioła, które potrzebują, by móc zaopatrywać klientów. Więc skąd coffeeshopy mają marihuanę czy haszysz? Spadło z nieba albo przyniosły w nocy krasnoludki – brzmi popularna, dowcipna odpowiedź.
Ponieważ wszyscy wiedzą, że coffeeshopy zaopatrują się na czarnym rynku.

Nie dlatego, że tak chcą, ale dlatego, że w świetle istniejących przepisów nie ma żadnej legalnej alternatywy. Część holenderskich miast i gmin, sfrustrowanych rozrastającą się mafią konopijną, chce legalizacji upraw. Pomysły są różne, od zezwolenia coffeeshopom na własne uprawy, po zakładanie przez lokalne władze „gminnych klubów hodowców zioła”, do których każdy dorosły mieszkaniec mógłby się zapisać (pomysł burmistrza Utrechtu).

Mojaholandia.nl pisała o tych planach:

Zalegalizują uprawę konopi? 

Social Cannabis Club Domstad - klub hodowców marychy. 

 

Władze centrale były i są jednak nieugięte.

NIE ministra sprawiedliwości dla lokalnych pomysłów eksperymentowania z legalizacją upraw konopi jest zdecydowane.

Głównie na eksport

Jednym z argumentów ministra Opsteltena (z prawicowego, rzekomo liberalnego VVD) jest to, że i tak większość uprawianych w Holandii konopi trafia za granicę. To prawda. W tekście w NRC szacuje się, że nawet 80 procent holenderskiej produkcji miękkich narkotyków przeznaczona jest na eksport.

- Musielibyśmy tu w Tilburgu wszyscy jarać od rana do wieczora jak szaleni żeby to wszystko wypalić – opisał to obrazowo burmistrz miasta Noordanus (jego nazwisko brzmi w tłumaczeniu na polski „Północnyodbyt” – ale oczywiście nie mamy zamiaru żartować tu sobie z czyjegoś nazwiska!).

Minister ma więc w ręku mocny argument: nawet jeśli zalegalizujemy uprawy w Holandii, to przecież możemy zalegalizować jedynie uprawy dla holenderskich coffeeshopów. A to jedynie 20 procent tego, co już mamy teraz. Nie możemy zaś zalegalizować eksportu marihuany do Niemiec czy Wielkiej Brytanii, bo po prostu nie życzą sobie tego tamtejsze rządy. Powinniśmy więc przede wszystkim skupić się na skuteczniejszym zwalczaniu podziemia – mówi minister – i w pewnym sensie ma rację.

To daje przecież do myślenia: dlaczego brytyjskim czy francuskim dealerom bardziej opłaca się sprowadzać zioło z Holandii niż uprawiać je u siebie na miejscu? Czyżby holenderska policja była na tym polu bardziej nieudolna niż funkcjonariusze w innych krajach?

Konopijne eldorado w liczbach

Sytuacja w Tilburgu to potwierdza. Szacunki sporządzone na podstawie zeznań 44-letniego Alaina S. pokazują, że niderlandzkie władze kompletnie nie kontrolują sytuacji. Wyliczmy (dane na podstawie informacji zebranych przez NRC):

- W samym tylko Tilburgu i okolicach co tydzień produkuje się około 20 ton mokrego zioła (z którego po osuszeniu powstaje zioło takie, jakie znamy z coffeeshopów). Podobno w innych miastach Brabancji – a także w innych częściach kraju – jest podobnie.

- Codziennie uprawą i obróbką konopi zajmuje się w Tilburgu około 2,500 osób

- Około 600 osób z 2,500 osób to tzw. ścinacze (knippers): osoby wycinające z konopi najcenniejsze części

- Co interesujące, zdecydowana większych z tych 600 ścinaczy to kobiety. Pracują 10 godzin dziennie i zarabiają 25 euro na godzinę. Wielu z nas może tylko pomarzyć o takich zarobkach, prawda?

- Branża konopijna to jeden z największych pracodawców w Tilburgu

- Roczne obroty hodowców konopi to, jak już pisaliśmy, może nawet 880 mln euro. Czyli tyle ile wynosi cały roczny budżet gminy Tilburg!

 

Jak to działa?

W tekście w NRC wyjaśniono jak krok po kroku działają nielegalni hodowcy (nie zachęcamy do kopiowania tych zachowań!).

Zaczyna się od znalezienia odpowiedniej lokalizacji. Pomagają przy tym zaprzyjaźnieni pośrednicy handlu nieruchomościami. Wskazują organizującym uprawy mafiosom odpowiednie domy – najczęściej gdzieś na uboczu, daleko od policji, z dużym metrażem. Następnie zaprzyjaźniony pośrednik kasuje 5,000 euro za każdy udany plon (średnio co dwa miesiące) w takim domu. Całkiem niezły dodatkowy dochód.
W domu ktoś musi oczywiście mieszkać, więc wysyła się tam pionka. Najlepiej jeśli jest to jakiś niekarany, niegroźnie wyglądający pan. Za drobną opłatą pilnuje interesu, dogląda upraw i kłania się nisko, jeśli akurat któryś z sąsiadów przejeżdża rowerem wzdłuż domu, a on siedzi sobie na zewnątrz.

Co ma przecież całymi dniami robić, skoro płacą mu za odgrywanie normalnego obywatela?
Zorganizowanie w środku plantacji nie jest trudne. Nasiona i specjalne lampy kupić można legalnie w sklepach dla amatorów domowej hodowli konopi (w Holandii jest ona na bardzo małą skalę dozwolona) obecnych w każdym większym holenderskim mieście. Nasionka potrzebują około 60 dni, by nadawały się do zbioru. Żniwa odbywają się więc sześć razy do roku. Kilogram mokrego zioła to na czarnym rynku około 1000-1,400 euro.

Mieszcząca się w domku jednorodzinnym czy mieszkaniu plantacja przynieść może co żniwa 30-40 tysięcy euro zysku. Pomnóżmy to razy sześć. W zupełności starczy na zakup nasion i lamp, opłacenie pośrednika handlu nieruchomościami, pionka-lokatora i jeszcze inne wydatki.

Nie tylko hodowcy, nie tylko Tilburg

Uprawy konopi korumpują bowiem przedstawicieli wielu zawodów. Dorabiają sobie elektrycy, których plantatorzy potrzebują, by kraść prąd. Krzaczki potrzebują dużo światła, a lampy dające światło potrzebują dużo prądu. Gdzie zużycie prądu nagle gwałtownie wzrasta od razu pojawia się policja: wiadomo, to musi być plantacja. Więc dobry elektryk, potrafiący podkraść prąd tak, by nikt się nie połapał, jest na wagę złota.

Zarabiają też notariusze, prawnicy i adwokaci, pomagający w praniu ubrudzonych od zioła pieniędzy. Swoje działki zarabiają policjanci – korumpowani przez narkotykową mafię w zamian za informacje o planowanych akcjach,  przemytnicy – szmuglujący większość z holenderskich konopi do Niemiec i Wielkiej Brytanii oraz dealerzy – rozprowadzający je na miejscu. Oczywiście zarabiają też holenderskie coffeeshopy, bo skądś te dostawy muszą brać.

A kto nie zarabia? Miasto Tilburg na przykład. I w ogóle Holandia jako taka. Holenderski podatnik wydaje co roku grube miliony euro na zwalczanie zorganizowanej przestępczości narkotykowej, ale, jak pokazuje przykład Tilburga, niewiele to daje.

Może więc legalizacja upraw – mimo wszystkich wad i zagrożeń – to jakieś rozwiązanie?